poniedziałek, 22 lutego 2016

Rozdział 6. Król bezwzględnych cisz

"Duch i szary dym,
Król bezwzględnych cisz"
-Lwia część, LemON

~*~


Dziennik leży głęboko zagrzebany. Bywają chwile gdy zupełnie o nim zapominam. Jakby nigdy nie istniał, ale wtedy wszystko powraca ze zdwojoną siłą i wiem, że wystarczy pójść i wyjąć go spod wszystkich rzeczy w kufrze. Czasem prawie się załamuję i próbuję go wziąć w ręce. W takich momentach jak najszybciej wychodzę z dormitorium.
Nie wiem dlaczego tak boję się tego pamiętnika. Może dlatego, że pierwszy raz spotkałam się z tak silną magią? Jakby między tymi kartkami ktoś był. Przecież ktoś musi odpowiadać. I niewątpliwie ma to związek z moim przyjacielem. Może to fakt, że ten ktoś rozpoznał mnie. Może to fakt, że znalazłam go w Dziale Ksiąg Zakazanych. Nie wiem. Nie mam pojęcia. Jedyne co  w tej chwili wiem to, że lękam się tego dziennika.
Nie, nie, nie, nie. Wróć. Ja się nie boję. Ja się nigdy nie boję. Ślizgoni się nie boją. Jestem twarda i odporna na strach, jak mur. Wysoki, mocny, silny mur. Po prostu... przejmuję się tą sprawą. Tak, przejmuję się. To jest dobre słowo.


-Uciekaj! Uciekaj, Jane! On jest tuż za tobą!- męski głos roztacza się po całym terenie. Przeraźliwy, silny, miękki i ... przestraszony. Skądś znam go, ale teraz nad tym nie myślę tylko biegnę. Otaczają mnie drzewa i ciemność. Ściskam w ręku różdżkę. Serce bije mi jak oszalałe. Nie myślę o niczym, słucham tylko tajemniczego głosu i uciekam. Nie wiem przed kim i ile to potrwa.
-Szybciej, Jane! 
Zielony płomień przelatuje tuż przy moim uchu. Obracam się jak poparzona i rzucam Drętwotę w tamtym kierunku. Chyba chybiłam bo po chwili znów przez ciemność przelatuje snop zielonego światła. Tym razem trafia prosto we mnie. Upadam w tą ciemność.

        -Jane! Wstawaj! Ile można spać na litość boską!- Anisa szarpie mnie za ramię. Niechętnie otwieram oczy. W pokoju jak zwykle panuje półmrok. Moja przyjaciółka jest już ubrana i uczesana. Jak zwykle ma na sobie sfatygowaną koszulkę i stare, podziurawione spodnie. To nie jest kwestia braku pieniędzy czy chęci by się lepiej ubierać. Jej to po prostu najbardziej odpowiada.
Wychodzę spod ciepłej kołdry i patrzę nieszczęśliwa na przyjaciółkę.
-I co się tak szczerzysz?- mruczę. Nie znam drugiej takiej fanki quidditcha, a dziś jest sobota- mecz Slytherin kontra Ravenclaw. Ja nigdy nie cieszyłam się tym jak ona, chociaż tata od zawsze próbował zarazić mnie miłością do sportu. W końcu całkiem niedawno został kapitanem naszej reprezentacji. Jednak wiem jak wiele to dla niej znaczy, więc zawsze idę z nią na mecze. Była niesamowicie szczęśliwa gdy miałyśmy czternaście lat, a mój tata zorganizował nam bilety na Mistrzostwa Świata.
-Lubię patrzeć na ciebie gdy wstajesz. Wyglądasz jakby smok cię wypluł.-Wybucha śmiechem, który tylko potęguję, gdy uderzam ją w ramię.
W Wielkiej Sali jest głośno. Ruszają pierwsze zakłady o wyniki rozgrywki. Zauważam, że przyjmuje je nikt inny jak największy narcyz tej szkoły- Alex Greaves. Przechodzimy obok niego idąc do naszego stołu. Nachylam się do jego ucha i szepczę "Co tam szlamo?". Wyłapuję moment, w którym na jego twarzy maluje się grymas niezadowolenia, ale szybko znów się uśmiecha i kontynuuje namawianie jakieś Krukonki by dorzuciła do zakładu jeszcze galeona. I wtedy to słyszę. Ten głos. Miękki, ale silny. Wiecznie radosny głos. To jego głos słyszałam we śnie. To on kazał mi uciekać. Żołądek podchodzi mi do gardła i szybko odchodzę z obrzydzeniem. Jak mógł śnić mi się ktoś taki jak on? Próbuję jak najszybciej pozbyć się tego z mojej głowy. Siadam przy swoim stole i znów zaczynam czuć nasilające się ból w skroniach. Bez zastanowienia sięgam po płatek Capitis Dolores z kieszeni. Z wciąż malującym się na twarzy wstrętem zaczynam żuć roślinę.
-Jane? Co jest?- słyszę głos Anisy jak przez mgłę.
-Nic. Wszystko w porządku. Najlepszym porządku.- kłamię.
-Nie uzależniłaś się czasem od tej rośliny?
-Wszystko dobrze, rozumiesz?!- zabrzmiało to bardziej podle niż zamierzałam. Na szczęście całą rozmowę kończy przylot sów. Embira siada przy mnie i pokazuje mi nóżkę z przywiązanym pergaminem. Odwiązuję go i poklepuję ją po głowie, a ta jakby przeczuwała, że będę chciała coś wysłać zostaje na miejscu. Odwijam list i od razu wiem, że jest od Luke'a. Momentalnie czuję się lepiej.

Jane,
Transylwania jest dosyć nudna. Znalazłem sobie pokój nad całkiem przyjemnym barem, jeśli wiesz co mam na myśli. Póki co nie odkryłem nic zaskakującego ani ciekawego. Mam wrażenie, że to miejsce zatrzymało się w czasie. Jakby nikt oprócz mieszkańców i mnie nie zdawał sobie sprawy, że istnieje Transylwania. Skąd wzięłaś Capitis Dolores? Z tego co wiem nie sprzedają jej na Pokątnej, jest bardzo rzadka. Czyżby Zakazany Las? Chodziłaś tam po nocy? Moja krew. 
Jeśli chodzi o Trelawney... Ona jest dziwna, często plecie od rzeczy, ale to się wydaje podejrzane. Czas pokaże. 
Tak, tak ślub Eleny. "Och, moja kochana Elenko to będzie najpiękniejszy dzień w naszym życiu. W końcu bierzesz ślub! Nie to co ten nędzny podróżnik twój brat. Od początku wiedziałam, że do niczego nie dojdzie!" Jak się domyślasz nie śpieszno mi do domu. Co ty na taki układ: Nie wracamy na święta, a ja teleportuję się do Hogsmeade i się spotkamy? Też za tobą tęsknię, młoda.
Twój najwspanialszy, najcudowniejszy brat,
Luke

Śmieję się czytając list. W niektórych miejscach nie mogę go rozczytać przez piękne pismo Luke'a. Chcę mu coś odpisać, ale Anisa mnie pospiesza, ponieważ zaraz zacznie się mecz. Odwracam więc pergamin i gryzmolę na szybko "Jasne". Przywiązuje list do nóżki Embiry i patrzę jak odlatuję. 
-No proszę, to chyba pierwszy słoneczny dzień od początku roku!- mówię, gdy wychodzimy na błonia. Słońce jest dziś wysoko na niebie i wieje tylko delikatny wiatr. Zadowolone idziemy na stadion. Pierwszy raz tego dnia spotykam Toma. O dziwo, siedzi na trybunach. Nie spodziewałabym się go w takim miejscu. Quidditch nigdy go nie ciekawił. Przysiadamy się obok niego, ale Anisa zdaje się nie widzieć w tym nic dziwnego. Zauważam, że faktycznie się spóźniłyśmy. Zawodnicy stoją już na boisku, widzę jak kapitanowie - sporej postawy, siódmoklasista Legg z naszego domu i drobna Krukonka w moim wieku- i mam wrażenie, że Ślizgon próbuję złamać rękę tej dziewczynie. 
-I wznieśli się w powietrze! Kafel jest w rękach Slytherinu! Legg leci w kierunku obręczy Krukonów! Dlaczego nikt nie próbuje go powstrzymać? Och, Tessa jest za nim. Jest taka mała, że ledwo ją widać. -Cały Dom Węża parska śmiechem i mogę przysiąc, że Krukonka jest czerwona jak burak- Legg jest blisko! PUNKTY DLA SLYTHERINU!
Anisa przy mnie wybucha niepohamowanym atakiem radości, a ja i Tom zaczynamy się śmiać, gdy widzimy ją w takim stanie. Oczy jej się świecą, zaciska kurczowo kciuki, przegryza wargi i zacięcie patrzy jak ścigający prują na swoich miotłach.  Zawsze zastanawiałam się dlaczego nie chce spróbować swoich sił w tym sporcie. Muszę ją do tego zachęcić.
-NA GACIE MERLINA! Legg oberwał tłuczkiem prosto w głowę od Jamesa! Czy to czasem nie jest złamanie zasad?! Jasne, jasne James, wszyscy ci wierzymy, że zrobiłeś to przypadkowo, mhm. Kafel w rękach Krukonów, są blisko, ale czy to...tak to Peter! Przechwycił kafla i już jest blisko! PUNKTY DLA SLYTHERINU! DWADZIEŚCIA DO ZERA! Krukoni nie mają szans! Przepraszam, panie profesorze, będę obiektywny.
Parskam śmiechem. Może i było to subiektywne, ale całkowicie prawdziwe. Zmiażdżymy ich.
-TRZYDZIEŚCI DO ZERA! Ale cóż to?! Tessa ma kafla! Czy ktoś ze Slytherinu w ogóle to widzi?! Rzuca i ... Punkty dla Ravenclawu... Ała, to musiało boleć, Tessa oberwała tłuczkiem. No cóż, zdarza się. Chwila... Czyżbym zobaczył, że Harrison się rozgląda? Czyżby ktoś wypatrzył Znicza? HA! Peter zdobywa kolejne punkty dla Slytherinu! Legg przejmuje kafla i ...PIĘĆDZIESIĄT DO DZIESIĘCIU dla Ślizgonów. SZEŚĆDZIESIĄT! Czyżby ktoś się wściekł?
Zawodnicy z naszego Domu nawet nie pozwalają przejąć Krukonom piłki. Raz za razem podają ją sobie i celnie strzelają. A tłuczki ani na chwilę nie opuszczają naszych przeciwników. Ich pałkarze nie nadążają. W pewnym momencie Sarah prawie spadła z miotły, ale nikt się tym nie przejął. Anisa obok mnie ściska kciuki tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. Szturcham ją by zwróciła na to uwagę, a ona tylko macha krótko głową i rozkłada dłonie. Gdy wynik wynosi sto dwadzieścia do dziesięciu zauważam złoty błysk i widzę jak Harrison, nasz szukający, mknie w jego kierunku. Jego przeciwnik za późno zdał sobie z tego sprawę. Jest na przegranej pozycji. Chwilę później widzę jak Harrison zaciska palce na Zniczu, a my wygrywamy mecz. Anisa staje i krzyczy tak głośno, że jestem pewna, iż całe Hogsmeade ją słyszało. Znów wybuchamy z Tomem śmiechem i ciągniemy ją by zejść z trybun.
-Ten mecz był świetny! Rozgnietliśmy ich! Nie ma nam równych!- zachwycała się jeszcze w drodze do zamku.
-Nie chcesz dostać się do drużyny? Byłabyś świetna- podrzucam pomysł.
-Racja. Nadawałabyś się.- wtóruje mi Tom.
-Czy ja wiem...Nigdy nie myślałam o grze w quidditcha na poważnie. Z resztą teraz nie ma wolnego miejsca. Niby Legg za rok odchodzi, ale sama nie wiem. W siódmej klasie będzie dużo nauki do OWUTEMów i...
Przerwałam jej donośnym śmiechem.
-I twierdzisz, że będziesz się cały czas uczyć? Ty? - mówię przez śmiech. Pamiętam jak na czwartym roku zarzekała się, że całą piątą klasę będzie się uczyć do SUMów. Potem twierdziła, że zapomniała, iż tego roku już są testy.
-No dobra, dobra. Jak tylko zwolni się miejsce, zgłoszę się. Obiecuję.
-Ha!- krzyknęliśmy z Tomem jednocześnie i przybiliśmy sobie piątki.

~*~

Las. Ciemność. Jedyne źródło światła to księżyc w pełni. Słychać w oddali wycie wilków albo wilkołaków. Kto wie. Nagle mrok przecina strumień zielonego światła. Zaklęcie. Mordercze zaklęcie. Cofam się przerażona i nagle czuję jak ktoś łapie mnie za rękę. Chcę obrócić głowę w kierunku ej osoby ale nie mogę. Wyciągam różdżkę przed siebie, ale nie jestem w stanie rzucić żadnego uroku.  
-Myślałaś, że przede mną uciekniesz?- Z cienia wychodzi ledwo widoczna postać. Ma zniekształcony głos, którego nie potrafię rozpoznać. 
-J...ja...ja nie...- zaczęłam się jąkać. Byłam przerażona.
Czarodziej do mnie podchodzi i przykłada mi swoją różdżkę do gardła niczym nóż. Nie jestem w stanie dostrzec jego twarzy. Czuję jak uścisk na mojej ręce staje się mocniejszy.
-Nie rób tego. Weź mnie, nie ją.- odzywa się osoba obok mnie. Poznaje ten głos. To Alex. Zmuszam się do obrócenia głowy i faktycznie widzę obok siebie burzę miodowych włosów. Chcę z obrzydzeniem cofnąć rękę, ale trzyma mnie zbyt mocno. 
-Nie.- protestuje. Nie chcę by szlama cokolwiek dla mnie robiła. Jednak osoba przede mną zrozumiała inaczej moje intencje.
-Och, to urocze. Każde z was chce się poświęcić dla drugiego. Bleh, miłość. Skoro tak...zginiecie oboje.
Nie rozumiałam o czym mówi. Jaka miłość? To musiało być chore nieporozumienie. Jednak zanim zdążyłam otworzyć usta oślepił mnie blask zielonego światła.

-Jane! Hej, Jane!- obudził mnie z drzemki głos Toma. Leżałam na kanapie w Pokoju Wspólnym. Przetarłam oczy. Czułam jak nadal wali mi serce. Ten sen... nie był normalny- Chodź, jest już późno.
Nie do końca wiedziałam o czym mówi, jednak po chwili przypomniałam sobie o naszej rozmowie nad jeziorem. Niechętnie zwlekłam się z łóżka. Nauka była teraz ostatnią rzeczą na którą miałam ochotę, ale pokusa czarnej magii była wielka. Poszłam za Tomem. Zaprowadził mnie na czwarte piętro. Minęliśmy bibliotekę i weszliśmy do jakieś opuszczonej komnaty. Uniosłam różdżkę i rzuciłam zaklęcie Lumos Maxima. Wielka kula światła rozjaśniła pomieszczenie. W kątach stały zakurzone ławki i krzesła. Szafa pod ścianą chwiała się na nóżkach. Byłam pewna, że znajduje się w niej bogin. Wielkie okiennice był zasunięte czarną kotarą. Po prawej stronie stało ogromne lustro na którego ramie był wyryty napis "Ain Eingarp Acreso Gewtela Z Rawtąwt Ein Maj Ibdo". Nie wiedziałam co to znaczy, ale napawało mnie to pewnym niepokojem. Po lewej było pełno regałów z książkami. Moją uwagę odwrócił nagle Tom łapiąc mnie za ramię i przykładając mi swoją różdżkę do gardła.
-C...co ty robisz?- zaczęłam się jąkać.
Jego ręka zaczęła powoli zjeżdżać z mojego ramienia ku dłoni. Dotknął jej i pociągnął tak, że obróciłam się twarzą do niego. Zabrał różdżkę spod mojej szyi. W panującym tu półmroku widziałam jego ciemne oczy wwiercające się we mnie. Odepchnął mnie silnie, przez co odległość między nami się powiększyła. Podniósł rękę i wycelował we mnie
-Teraz...Zobaczysz czego będę cię uczył. Legilimens!
Nagle poczułam obezwładniający ból. Jakby ktoś przecinał mi mózg na pół. Jak przez mgłę zaczęłam widzieć wspomnienia z mojego życia. Kłótnia z rodzicami i moja zarozumiała siostra stojąca obok, i przyglądająca się wszystkiemu, zdawanie SUMów, spotkanie pod Trzema Miotłami w Lukiem. Tak szybko jak wszystko się zaczęło tak szybko się skończyło.
-Dobrze.- odezwał się mój przyjaciel- Teraz twoja kolej. Znasz zaklęcie.
Tak naprawdę nie chciałam tego robić. Nie chciała mu zadawać takiego samego cierpienia. Jednak jego ponaglająca mina mówiła, że mam się nie przejmować.
-Legilimens!
Tylko, że nic się nie stało. Poczułam jakbym uderzyła głową w mur. Zostałam całkowicie zablokowana.
-No dalej. To nie takie trudne.- ponaglał mnie przyjaciel.
Spróbowałam, więc jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, i jeszcze. Za każdym razem na mojej drodze wyrastała ściana, która nie miała najmniejszego zamiaru pęknąć. Zaczęłam odnosić wrażenie jakby tylko się na mnie patrzyła i śmiała z moich nieudolnych poczynań.
Mijały godziny. Czasami zaklęcie światła słabło i trzeba było rzucać je znów. Odsłonienie kotar i tak nic by teraz nie dało. Czułam, że jest dużo po ciszy nocnej. Z resztą zapewniało nam to pewną prywatność, choć i tak nikt nie mógł zajrzeć przez okna.Widziałam jak z każdą chwilą Tom robił się coraz bardziej zdenerwowany. Natomiast ja z każdym momentem robiłam się coraz słabsza i bardziej zmęczona. Marzyłam tylko o tym by teraz pójść spać, nieważne gdzie, nawet tutaj na ziemi. Miałam już dość.
-Och, błagam, Jane. Nie udawaj głupiej. Jesteś w stanie to zrobić.
-Nie, Tom. To...Może jestem za słaba. Skończmy na dziś, dobrze?
-Chcesz kończyć?! Teraz?! Ani razu nie udało ci się wkraść do mojego umysłu! ANI RAZU! Będziemy tu stać dopóki nie zaczniesz traktować tego na poważnie!
-Traktuje to poważnie! Po prostu jestem już zmęczona!- Zaczęłam krzyczeć. Jak mógł ode mnie wymagać, że uda mi się od razu?
-Zachowujesz się jak dziecko! Nie starasz się! A może mam ci tu przyprowadzić tą nędzną szlamę, Alexa, o którym tyle śnisz, co?! 
Poczułam nagłe ukucie w sercu. To niemożliwe. Nie mógł tego wiedzieć. Po prostu nie mógł. Chyba, że...Chyba, że już wcześniej używał na mnie legilimencji.
______________

Hej!
Przepraszam za tak długą przerwę, nie wiem co we mnie wstąpiło. Mam nadzieję, że wam się podoba, dajcie znać w komentarzach :)

PS: Założyłam aska! Klikajcie tutaj :)
Theme by violette